OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora do Premiera Donalda Tuska

Szanowny Panie Premierze, Donald Tusk

w związku z trwającymi konsultacjami dotyczącymi zasad używania telefonów komórkowych w szkołach, w których głos zabierają różne środowiska – w tym organizacje reprezentujące prawa uczniów, takie jak SUS – pozwalam sobie przedstawić perspektywę, której w tych debatach zwykle nie słychać, a która jest codziennością tysięcy nauczycieli pracujących u podstaw.

W dyskusjach publicznych dominują sformułowania uporządkowane, eleganckie, momentami wręcz akademickie. Mówi się o prawach ucznia, cyfrowych kompetencjach, nowoczesnej szkole. Padają argumenty, że zakaz jest zbyt radykalny, że szkoła nie powinna odcinać się od rzeczywistości. I w tej warstwie językowej wszystko brzmi sensownie.

Tyle że szkoła nie funkcjonuje w języku deklaracji. Funkcjonuje w hałasie powiadomień.

Rzeczywistość lekcyjna wygląda inaczej niż raporty z konsultacji.

Uczeń nie czasem korzysta z telefonu. Uczeń żyje z telefonem w ręce, pod ławką, w kieszeni bluzy, na kolanach, między zeszytem a dłonią. Nawet jeśli regulamin mówi o zakazie, to rzeczywistość mówi o nieustannej negocjacji z uwagą. Każde wibracje, każde podświetlenie ekranu to mikroskopijne pęknięcie koncentracji, które nauczyciel musi sklejać od nowa.

Na lekcji nie toczy się już tylko proces dydaktyczny. Toczy się równolegle walka o uwagę, którą przegrywa się nie spektakularnie, lecz cicho w momencie, gdy połowa klasy na chwilę tylko sprawdza ekran. A ta chwila rozrywa rytm pracy, którego potem nie da się już odzyskać bez straty jakości całej jednostki lekcyjnej.

Na przerwie nie ma już naturalnego gwaru rozmów. Jest milczący zbiór osób pochylonych nad ekranami. Siedzą obok siebie, ale nie są razem. I potem wchodzą na kolejną lekcję z oczekiwaniem, że przełączą się w tryb skupienia natychmiast, bez kosztu, bez przejścia, bez odklejenia się od bodźców, które przez dziesięć minut przerwy były intensywniejsze niż jakakolwiek szkolna aktywność.

W tym kontekście argument, że zakaz nie rozwiązuje problemu, brzmi jak luksusowa refleksja z dystansu od sali lekcyjnej. Bo problemem nie jest teoria używania telefonu. Problemem jest realne rozproszenie, które dzieje się tu i teraz, w czasie rzeczywistym, na każdej lekcji, w każdej klasie, każdego dnia.

Z perspektywy nauczyciela najbardziej uderzające jest jednak coś innego. Rozjazd między debatą a praktyką. W konsultacjach mówi się o uczniu jako podmiocie autonomicznym, świadomym, zdolnym do samoregulacji. W klasie widzimy ucznia, który jak każdy człowiek zanurzony w systemie natychmiastowej gratyfikacji przegrywa z konstrukcją urządzenia zaprojektowanego tak, by tę uwagę maksymalnie zatrzymać.

I nie jest to zarzut wobec uczniów. To opis warunków, w których pracujemy. Warunków, które z roku na rok stają się coraz trudniejsze do opanowania metodami dydaktycznymi, bo problem nie leży już w braku dyscypliny, tylko w strukturze środowiska, które nieustannie konkuruje ze szkołą o uwagę dziecka.

Dlatego z całą powagą, ale też z rosnącą frustracją wynikającą z codziennego doświadczenia, pozwalam sobie zakończyć ten głos zaproszeniem.

Zapraszam Pana Premiera na zwykłą lekcję w zwykłej szkole, nie pokazową, nie przygotowaną, nie wyreżyserowaną. Taką, w której telefon nie jest problemem teoretycznym, tylko realnym, powtarzalnym zjawiskiem wpływającym na jakość pracy całej klasy.

Bo dopiero tam widać, że ta debata nie toczy się o regulamin.

Toczy się o możliwość prowadzenia lekcji w świecie, który nieustannie tę lekcję przerywa.

Artur Szymanek

nauczyciel

źródło:

Przewijanie do góry